Świat internetu, w którym codziennie się poruszamy, wygląda jak naturalny strumień informacji. W rzeczywistości jednak większość tego, co widzimy, została dla nas precyzyjnie dobrana, przefiltrowana i podana w formie, która najlepiej przyciąga uwagę. To nie my decydujemy, co trafia do naszej świadomości - to niewidzialne mechanizmy decydują, co zasługuje na nasz czas. I choć często uważamy, że jesteśmy odporni na wpływy, prawda jest taka, że nikt nie stoi poza zasięgiem ich subtelnego oddziaływania, które nie jest tak banalne jak nam się wydaje. Powszechnie zaś znane algorytmy to jedynie wierzchołek góry lodowej. No dobrze…


…a więc o co chodzi z tym wierzchołkiem?

Algorytmy to w najprostszym ujęciu zbiory reguł przetwarzania danych, jednak stanowią tylko wierzchołek znacznie szerszego mechanizmu kształtowania informacji. Funkcjonują jako epistemiczne* pośredniki - na podstawie wskaźników zachowań (np. kliknięć, czasu oglądania, udostępnień) decydują, co staje się widoczne. Te wskaźniki są tylko zastępcze (tzw. proxy) i mówią, co przyciąga uwagę, a niekoniecznie co jest rzetelne. W efekcie treści silnie oddziałujące emocjonalnie zyskują większą widoczność i przez to (zazwyczaj podświadomie) bywają postrzegane jako bardziej prawdopodobne lub wiarygodne. System rekomendacji jest performatywny, co oznacza, że zmienia zachowania użytkowników, które następnie trafiają do systemu z powrotem jako dane treningowe, wzmacniając określone sygnały i zawężając pole informacyjne. Zamiast szerokiej panoramy opinii otrzymujemy wzmocnione, często homogeniczne strumienie, co sprzyja chwytliwym, skrajnym narracjom i daje pozorny konsensus. Mechanizmy rankingu mogą też systematycznie marginalizować pewne głosy (np. mniejszościowe lub źródła o mniejszym zasięgu), więc potencjalnie wartościowe treści docierają rzadziej. Nawet pojedyncze sygnały (np. polubienie, komentarz) mogą uruchomić efekt „kuli śnieżnej” i gwałtownie zwiększyć zasięg danej narracji. W rezultacie zwycięża to, co szybko generuje interakcje, niekoniecznie to, co ma lepsze dowody. Zawsze patrzymy przez własne uprzedzenia, więc nie ma całkowicie obiektywnego odczytania rzeczywistości. Media społecznościowe potęgują to zjawisko i sprawiają, że nasze spojrzenie staje się jeszcze węższe. Selektywne wyszukiwanie informacji zgodnych z naszymi przekonaniami współdziała z algorytmami, tworząc sprzężenie zwrotne - im częściej klikamy treści potwierdzające nasz światopogląd, tym więcej podobnych otrzymujemy.

W tym kontekście istnienie algorytmów tłumaczy jedynie, jak to się dzieje, że wpadamy w tzw. bańki informacyjne oraz skupiamy się na naszych poglądach lub zainteresowaniach w większym stopniu. Warto jednak tak jak we wstępie wspomnieć, że nie tłumaczą one wszystkich zjawisk, które zachodzą w naszym kształtowaniu się opinii przez social media.


„W każdej legendzie kryje się ziarno prawdy”

Każde przekonanie zwykle zawiera w sobie element prawdy, lecz rzadko jest kompletny. Tu mam na myśli to, że pokazuje tylko część rzeczywistości. Aby lepiej objaśnić to, co mam na myśli, wyobraźmy sobie teraz, że pewna osoba przyjmuje konkretną opinię, która na pierwszy rzut oka wydaje się bardzo sensowna. Przemawia do niej, bo brzmi logicznie, prosto i odpowiada na realny problem, z którym się mierzy. W tym „ziarnku prawdy”, z którego między innymi skonstruowany jest owy pogląd, jest wystarczająco dużo słuszności dla tej osoby, by zbudować wokół niego poczucie pełnej prawdy. Wydaje się, że wszystko w końcu układa się w spójny obraz. Jednak gdy z czasem zaczyna stosować go w praktyce, zauważa, że nie wszystko działa i wygląda tak, jak się wydawało. Zasady, które początkowo miały pomagać, zaczynają powodować nieoczekiwane skutki, co oznacza, że coś w nich nie działa. Odkrywa, że pogląd, który wydawał się tak logiczny, opiera się na kilku ukrytych założeniach - na wizji człowieka, świata czy relacji międzyludzkich, które nie zawsze są prawdziwe. Im głębiej to analizuje, tym bardziej widzi, że jej początkowe spojrzenie (to ziarenko prawdy) było jedną z niewielu prawdziwych części całego poglądu. W takim momencie ma do wyboru dwie drogi - albo umocnić uproszczenie i ignorować kontrprzykłady, albo podjąć (że tak to ujmę) „wysiłek badawczy”, czyli rozłożyć tezę na założenia, poszukać argumentów przeciwnych, sprawdzić, kto ma interes w promowaniu tej narracji i wysłuchać ludzi o odmiennych doświadczeniach. Ta druga postawa nie oznacza porzucenia wszystkiego, co wcześniej przyjęto, lecz umiejętność selekcji - zachowania użytecznych elementów poglądu, które rzeczywiście mają w sobie część prawdy, korekty tych błędnych i odrzucenia szkodliwych. W praktyce prowadzi to do pogłębienia rozumienia.

Współczesny świat wystawia nas jednak na próbę. Internet i media społecznościowe dostarczają nam niezliczonych opinii, które wydają się oczywiste i atrakcyjne właśnie dlatego, że są uproszczone. Karmimy się fragmentami idei, które wydają się pełnymi prawdami, choć są tylko ich wycinkami. Zamiast pogłębiać rozumienie, utrwalamy uproszczone schematy myślenia. I właśnie tu wracamy do początku - każde przekonanie może zawierać ziarno prawdy, lecz dopiero wysiłek krytycznego namysłu pozwala odróżnić to ziarno od plew. Dojrzałość intelektualna polega więc nie na odrzuceniu tego, co popularne, lecz na umiejętności systematycznego badania i świadomego budowania własnego obrazu świata z wielu, często sprzecznych, elementów.


A Ty?

Co jeśli jesteś zmanipulowany już teraz? Nawet nie przez jednego „złego człowieka”, tylko przez drobne, sprytnie podane tezy, które przyjąłeś bo brzmiały mądrze, bo je powtarzał ktoś, kogo podziwiasz, albo bo wpasowały się w to, co chciałeś o sobie usłyszeć? Czy zastanawiałeś się kiedyś, ile z twoich wartości są naprawdę twoje, a ile to echo jakichś cudzych sloganów, cytatów lub filmików motywacyjnych, które ładnie obudowują prosty przekaz? Prawie na pewno istnieją poglądy, które przyjąłeś niemal automatycznie, bo były sprzedawane z autorytetem, bo pasowały do tożsamości, którą chciałeś zbudować i które jednocześnie zasłaniają ci prawdę w jakimś pobocznym, ważnym temacie. W tym kontekście wpływu mediów nie chodzi o kwestie poruszone wcześniej, lecz o zjawisko, w którym pozornie wiarygodny przekaz sprawia, że odbiorcy zaczynają akceptować również fałszywe elementy zgodne z jego ogólnym przekazem poglądu.

Weźmy przykład nurtu produktywności i „self-improvement”. Ma on ogrom wartościowych elementów np. konkrety, dyscyplinę, narzędzia, które realnie pomagają porządkować życie i ciągle się rozwijać, ale przy wszystkich tych dobrych radach rośnie też przekonanie, że produktywność to jedyny miernik dobrego życia. Stwierdzenie pewnego YouTubera, że „czujemy się naprawdę szczęśliwi tylko, gdy jesteśmy najbardziej produktywni” mogłabym osobiście nominować na najbardziej niezdrowe podejście do szczęścia. Dlaczego tak łatwo mu uwierzyć? No na przykład między innymi dlatego, że osiąganie daje natychmiastową nagrodę w postaci dopaminy. Problem w tym, że jeśli uzależnimy swoje poczucie wartości od tego dopaminowego strumienia, nasza psychika zaczyna funkcjonować w dużej części mierząc sukcesy, które osiągamy. Kiedy produktywność spada (wolne, choroba, porażka), czujemy się bezwartościowi i (przynamniej w wypadku większego przylgnięcia do całego tego myślenia) będziemy się obwiniać za to, że jesteśmy naprawdę leniwi. To prowadzi do chronicznego braku odpoczynku, do wiecznego zastanawiania się nad tym, co mamy zrobić, do programowania własnego myślenia tak, że za słuszne uważamy to, że praca jest wyznacznikiem wartości. Gdy napotykamy właśnie takie spojrzenie na produktywność człowieka, jak u influencerów w nurcie „self-improvment’u” możemy pomyśleć: „wow, to jest coś, co jest rzeczywiście słuszne i mi się podoba. Nareszcie jest to ktoś, kto nie uznaje lenistwa lub zatracania się w złych wartościach za coś całkowicie w porządku, a działa, aby stawać się coraz lepszym”. Możemy nawet nie przypuszczać, że w tak dobrym sposobie myślenia daliśmy się nabrać na niektóre hasła.

Prawdziwa mądrość to umiejętność stawiania granic i rozpoznawania, które „prawdy” przyjęliśmy pod wpływem narracji, która jest pozornie całościowo prawdziwa. Może więc warto zapytać siebie szczerze, które fragmenty naszej filozofii życia są rzeczywiście nasze, a które wpakowano nam razem ze wszystkimi innymi, z którymi się zgadzamy?


Zakończenie

Może właśnie w tym tkwi największy paradoks współczesności - im bardziej chcemy myśleć samodzielnie, tym częściej robimy to według cudzego scenariusza. Algorytmy już dawno przestały tylko podsuwać nam treści. W tym momencie współtworzą one nasze tożsamości. A my, przekonani o własnej niezależności, stajemy się perfekcyjnymi produktami systemu, który miał nam tylko pomóc się odnaleźć. Bo przecież żadna manipulacja nie jest tak skuteczna, jak ta, której nie zauważamy. To nie my wybieramy, co widzimy. I tak jak w nurcie produktywności można uwierzyć, że wartość człowieka mierzy się efektywnością, tak samo łatwo przyjąć inne, równie sprytne narracje - o szczęściu, sukcesie, relacjach czy moralności. W każdej z nich znajdziemy ziarenko prawdy, ale to, co wokół niego obudowano, często ma już zupełnie inny cel. Dlatego zanim uznamy coś za prawdę, warto zapytać: czy to rzeczywiście mój wniosek, czy raczej dobrze podana narracja? W erze personalizacji największym aktem niezależności jest wątpliwość. Bo tylko ona pozwala nam odzyskać choć odrobinę wolności w świecie, który dawno nauczył się myśleć za nas.


*Epistemologia - dział filozofii, zajmujący się relacjami między poznawaniem, poznaniem a rzeczywistością.