Nad Jeziorem Czorsztyńskim
I
Znad wód głębokich, w lipcowej spiekocie
Spojrzeć mi na dni minionych szeregi.
Łąkę stokrotne porosły stokrocie,
Hen! Błyszczą w dali przeciwległe brzegi
I cała woda skrzy się pełna słońca -
Szeroka, cicha… bez końca, bez końca.
II
Naprzeciw siebie dwie stoją warownie,
Rzekłbyś: rycerze homerowych czasów
Gdzieś zabłąkani śród północnych lasów,
Klątwą Meduzy w kamienia postaci
Przeżyli wiekiem swych synów i braci
I stoją wiecznie – lecz milcząc wymownie.
III
Ten zda przyglądać się Polarnej Gwieździe;
Ów rękę wnosi do Południa Krzyża
I gdy Feb w swojej rozpłomiennej jeździe
Do niebios środka rydwanem się zbliża,
Kamienie zamku lśnią setką płomieni -
Nim chmura błędna znowu go ocieni.
IV
Tak teraz było, jak i zwykle bywa:
Przez chwilę złotem mieniła się wieża,
Jak oka mgnienie – i znów hełm rycerza
Ciemny i ciemne tajemnice skrywa…
Kompani moi płaszcze z ramion zdjęli
I obaj, widzę, na ziemi posnęli.
V
W śpiącej naturze, w łąk i kwiatów woni,
W szemrzących cichej strumyków ustroni
I ostrych szczytów surowym obrazie,
I każdej pieśni Bożego stworzenia -
Tkwi coś dziwnego, czego myśl nie wskaże,
Lecz co przynosi i łączy wspomnienia.
VI
Mógłby ktoś wyrzec „pieśń sama się splata”,
Lecz wers jej każdy urastał przez lata;
W każdym zaklęte długiej drogi mile,
Zmagań, wysiłków, wzruszeń słodkich chwile
I to, co droższe nad drogie kamienie,
To, co głos ludzki zowie – d o ś w i a d c z e n i e.
Komentarze
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Zaloguj się lub załóż konto (wystarczy nick i hasło), aby skomentować.