Sen

Nie byłeś, Rzymie, jakim jesteś Rzymem.

Kościół... kadzideł przepełniony dymem.

Cisza. Tym głuchsza, że w cienie wtulona;

Leniwie księżyc patrzy przez witraże.

Chrysta na krzyżu rozpięte ramiona

Bezsenna lampa w gęstw mroku ukaże.


Dzwonek srebrzystym rozdarł ciszę śmiechem

I brzmi, tysięcznym rozdźwięczony echem.

Cisza w choralne rozsypie się dźwięki

I długi idzie - aż od bram kościoła

Po rozniklony znak Najświętszej Męki -

Procesji orszak. I sto głosów woła.


Sto śpiewa głosów. Każden z świecą w dłoni

Przed ołtarz idąc, na kolana padnie;

Przed ołtarz idąc, ludzkie czoło skłoni - -

Tu wzrok mój senny z zdziwieniem odgadnie:

W tłumie, co z pieśnią spieszy do ołtarzy,

Twarz tkwi znajoma wśród tysięcznych twarzy!


Twarz dobrze znana, twarz tak ukochana!

W ciemnościach świecy obrzucona drżeniem

I miękkim, czystym księżyca promieniem;

Na poły skryta, w półmrokach skąpana,

Roztarty obraz śród ciemności kryśli:

I kształt ów dobyć - chyba tylko w myśli.

* * *

Gdzieś się rozprysły następne widzenia...

I tak po Tybru kołysanej fali

Przybiłem do bram portu przebudzenia.

Lecz niepokojem pytanie mnie pali,

Spokoju nie da, szarpie, męczy, draźni:

Więc sen ten tylko grą był wyobraźni?


26 II 2026 AD, wczesną nocą